Ludmiła Całkosińska - "Już żadnych telefonów"

NIEDZIELA 12 LISTOPADA. GODZINA 2:30 rano.

Z głębokiego snu wyrwał mnie sygnał telefonu, na wpół śpiąc sięgnąłem po słuchawkę, ku memu zdumieniu rozległ się w niej zdyszany głos mej byłej żony. - Jacek! To ty? Jesteś tam? Błagam cię, przyjedź jak najprędzej. Ktoś się tu... Jacek boję się. - Doris czy Sylwia? - spytałem nieprzytomnie. - Och, nie drwij. Ktoś usiłuje się dostać do mieszkania. Jestem sama - Ooo! Jacek! — ... Urwała. - Halo - wołałem - Halo! Doris... Nikt nie odpowiedział. Carie bez słowa zapaliła światło. Wykręciłem numer, żadnej odpowiedzi. Wstałem i zacząłem się szybko ubierać. - Idziesz tam? - Tak. Coś się tam niedobrego dzieje. Chyba bandyci. Doris jest przerażona. -Spojrzała na zegarek. - Jeśli to bandyci, należy sprawdzić godzinę : druga trzydzieści. - Zmarszczyłem brwi. - To chyba nie pora na żarty - rzuciłem sucho, choć jasne było, że jej nie do śmiechu. Drżącym głosem odpowiedziała. - Ja ... nie żartuję, l wcale mi się nie podoba, że Doris uważa ciebie za swoją własność... - Mnie też, jeśli chcesz wiedzieć. No, Orzeszku, nie przejmuj się i śpij spokojnie. Postaram się wrócić jak najszybciej. - Dopiero na ulicy przyszło mi na myśl, że należało wezwać taksówkę (mój wóz od paru dni był w naprawie). Tu na uboczu, o tej porze nie łatwo będzie ją znaleźć. Ruszyłem szybko przed siebie. Było zimno, ostry, przenikliwy wiatr wiał od morza. To też ucieszyłem się, ujrzawszy po pewnym czasie zbliżającą się wolno Olimpie. Wyskoczyłem na jezdnię i kierowca zatrzymał wóz. - Pan sobie życzy? - zapytał cudzoziemskim akcentem. - Czy nie zechciałby pan mnie podwieźć? Wezwano mnie w sprawie nie cierpiącej zwłoki - ... a widząc, że się waha, dorzuciłem - to sprawa życia i śmierci. Otworzył drzwiczki - Proszę wejść. Dokąd? - Na Pięćdziesiątą Ósmą ulicę, nie jest tak daleko. Pokażę panu drogę. Przez jakiś czas jechaliśmy w milczeniu. Zerkał na mnie od czasu do czasu, wreszcie spytał: - Do chorego? Pan jest lekarzem? - Nie, pisarzem. Może mu się to nie spodobało, bo zamilkł i dopiero jakeśmy się zatrzymali i zacząłem dziękować, nabrał chęci do pogawędki. - Nie ma za co, nie ma za co. Zabawiłem się tu doskonale i miło mi choćby w ten sposób odwdzięczyć się Ameryce. Cóż to za wspaniały kraj. Ileż tu kontrastów. To nie to co moja Holandia. - Pan już wyjeżdża? - Za pięć godzin odpływa mój okręt. Rozkręcił się, lecz mnie było spieszno i pożegnałem go. Idąc w kierunku bramy spojrzałem w górę. Cały fronton był ślepy i głuchy. Chciałem zadzwonić, ale w porę spostrzegłem uchyloną bramę. Pomyślałem, że Doris czekała na mnie i nacisnęła guzik. Dodało mi to otuchy i wbiegłem na schody. Ku memu zdziwieniu drzwi były zamknięte. Zadzwoniłem. Na próżno. Zdenerwowany zacząłem pukać i nawoływać. - Doris, otwórz. To ja Jacek ... Doris. Żadnej odpowiedzi. Żadnego szmeru. Po paru minutach na dole rozległy się kroki. Ktoś wchodził po stopniach, wolno, nieporadnie, przystając co jakiś czas i mamrocąc. Wreszcie ukazała się głowa w przekrzywionym cylindrze, a za nią postać maleńkiego, pulchnego mężczyzny w wieczorowym stroju i narzuconym na ramiona płaszczu. - Przyjacielu - odezwał się jowialnym tonem. - Kto widział budzić po nocach i niepokoić spokojnych obywateli? - Stał przede mną rozpromieniony, kołysząc się na czubkach palców. Wszystko wskazywało, że wraca w szampańskim humorze. - Bardzo mi przykro - wyjaśniłem, widzi pan wezwano mnie tu przed pół godziną i nie nogę się dodzwonić. - Kto pana wezwał? - Pani Mikkola. - Brzydki kawał - parsknął śmiechem - wieczorem odleciała z mężem do Chicago. - Jest pan tego pewny? - Jak pana widzę. Rozmawialiśmy o tym, tu na schodach. Wracają gdzieś, za tydzień. Mimo to dalej naciskałem na dzwonek, a on przyglądał mi się z dezaprobatą i pijackim zaciekawieniem. Westchnąwszy, potrząsnął głową. - Słowo daję przyjacielu, pan mi nie dowierza. To boli, ogromnie boli. Czuję się obrażony. l zaraz.. zaraz.. - pchnął mnie filuternie w bok - czy my się nie znamy? - Chyba nie. Nie przypominam sobie. - A wie pan - ucieszył się - że i ja nie. No i co? -Ano, chyba sobie pójdę. Swój ą d róg ą dziwna historia. - A nie mówiłem? Brzydki kawał. Ktoś zabawił się pańskim kosztem. Proszę wracać do domu i lulu. l jak gdyby go coś wessało, zniknął w sąsiednich drzwiach. Wyszedłem przed dom klnąc nowy wybryk Doris. Za następnym blokiem trafiłem na wolną taksówkę i wróciłem nią do domu. Carie oczywiście nie spała. Na mój widok podniosła znad czytanej książki oczy.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 ... 62 Następna »